Seksowna brunetka o przenikliwym spojrzeniu spoglądała martwym wzrokiem na pustą, białą ścianę. Jeszcze wczoraj była księżniczką nocnych klubów. Dziś jest królową szpitala psychiatrycznego imienia Zygmunta Krasińskiego na ulicy Mickiewicza.
Lekarz wpatrywał się wzrokiem pełnym zachwytu na jej długie, zgrabne nogi, okrągłe piersi, czarujące, duże, ciemnoniebieskie oczy o długich rzęsach i ponętne, pełne usta. Zastanawiał się, jakim cudem tak urocza kobieta mogła postradać zmysły. Chorzy psychicznie kojarzyli mu się z rozczochranymi ludźmi z brudnymi zębami i niemodnymi ubraniami. Natomiast Eileen była piękna i zadbana. Zanim ubrano ją w szpitalną piżamę, chodziła w markowych, wyzywających ciuszkach. Każdy mężczyzna oglądał się za nią na jej widok. Co sprawiło, że taka kobieta znalazła się w tym miejscu?
Usiadł obok niej, delikatnie głaskając ją po policzkach. Ona odwróciła wzrok i odburknęła:
- Chce pan wykorzystać moją sytuację do tego, aby się ze mną przespać?
- Ależ skądże! – zawołał oburzony doktor. – Jakże bym mógł. Chciałbym pani tylko pomóc.
- Pomóc? Myślisz, że ja nie widzę, co wy tu robicie z ludźmi? – kobieta zdenerwowała się. – Ja jestem n o r m a l n a. Rozumiesz? Normalna! Oni też!
Ręką wskazała na otwarte drzwi, za którymi był korytarz, po którym spacerowali pacjenci.
- W takim razie, kim był Archanioł Gabriel, który powiedział pani o tajnym spisku oriończyków pochodzących z piątej gęstości świadomości, chcących zniszczyć naszą planetę?
- Hmm… Mądre pytanie – usłyszał w odpowiedzi. – A kim jest słońce, które oświetla swoimi złocistymi promieniami naszą planetę? Kim jest woda, w tafli, której odbija się blask księżyca? Kim jest wiatr, który sprawia, że niewidzialna siła, dzięki której oddychamy zaczyna się poruszać?
- To się nazywa tlen – przerwał jej doktor, pogardliwie uśmiechając się pod nosem.
- My nazywamy to tlenem. Dla Anglików to oxygen. Ale nikt z nas nie wie, kim jest tlen. Wiemy tylko, że są to atomy, który wypełniają w iluśtam procentach powietrze… I dzięki nim żyjemy. Bez tego umieramy. Ale dlaczego jesteśmy tak stworzeni? Nie możemy funkcjonować w zupełnej pustce, bez wykonywania, co chwilę wdechów i wydechów?
- Twoje pytanie nie prowadzą do niczego. – stwierdził doktor.
- Tu jest pan w błędzie. Najpierw jest pytanie. Potem jest odpowiedź. Potem rodzi się kolejne pytanie.
- No właśnie.
- Ale gdybyśmy nie zadawali pytań, nie byłoby tego łóżka, na którym pan siedzi. Nie byłoby tych ubrań, w których pan chodzi. Nie byłoby tego budynku, w którym pan pracuje. Nie byłoby tego komputera i Internetu, dzięki któremu odnajduje pan znajomych ze swojej klasy.
- Mam na ten temat inne zdanie. Cywilizacja ludzka jest budowana przez tych, którzy twardo stąpali po ziemi, nie bujając w obłokach.
Usłyszawszy to, Eileen wybuchła rubasznym śmiechem.
- To mnie pan naprawdę rozśmieszył! A Einstein? A Da Vinci? Czy uważa ich pan za… używając pańskiego słownictwa, mocno stąpających po ziemi?
- Cywilizacji tak naprawdę nie budują jednostki. Ona jest pracą ogółu, natomiast wybitni ludzie są ich dorobkiem.
- Mam na ten temat inne zdanie, ale raczej pana nie przekonam. Żyjemy w innych tunelach rzeczywistości. Każdy z nas znajduje potwierdzenie tego, w co wierzy. I oto w tym wszystkim chodzi. Lecz skoro każdy żyje we własnym świecie, to, jakim prawem można ustalać czyj świat jest normalny a czyj nie?
- To przecież oczywiste! Normalne jest wszystko, co jest potwierdzone przez naukę!
- Aha! Czyli naukowcy są twoim guru, których zdanie jest niepowtarzalne?
- Ech, co ja będę dyskutował z chorą psychicznie dziewczyną! – lekarz rozzłościł się, ponieważ zabrakło mu argumentów. Filozofia siedzącej obok niego kobiety wydała mu się dziwaczna i zupełnie obca.
Dlatego opuścił pokój, trzaskając drzwiami. On był normalnym, poważnym, szanującym się obywatelem, ona zaś stukniętą wariatką. Dlaczego więc wdał się w tę bezsensowną dyskusję?
Zupełnie tego nie rozumiał. Mimo to w Eileen było coś, co go przyciągało.
„Z pewnością chodzi tylko o jej urodę” – pocieszał się tą myślą, która budowała jego męskie ego. Serce jednak podpowiadało mu, iż jest w błędzie.
Eileen została sama. Przynajmniej z naukowego i „normalnego” punktu widzenia.
Ona zaś czuła, że to, co nam się wydaje, nie jest prawdziwe. Ba, nic nie jest prawdziwe. Wszystko jest pustką, po której płyną chaotyczne myśli, tworzące kreację. A z niej ludzie układają swoje zwyczajne i „normalne” życie.
Eileen usiadła na łóżku i zaczęła rozmyślać o doktorze. Musiała przyznać, że był on przystojnym i eleganckim człowiekiem. Wyraźnie było po nim widać, że ulega jej wdziękom. Nie to jednak najbardziej ją w nim pociągało. Obchodziły ją przede wszystkim jego pieniądze i posada. Gdyby go uwiodła, mogłaby znaleźć sobie przyjemniejszą pracę, niż prostytucja. Sypianie z niezbyt inteligentnymi mężczyznami denerwowało ją i nudziło. Kiedyś lubiła to robić, ale z czasem sex za pieniądze stał się zbyt monotonny. Eileen chciałaby robić w życiu coś bardziej szalonego.
Musiała wykorzystać sytuację, że lekarze nie podali jej jeszcze ogłupiających leków. Dzięki temu mogła zająć się czymś sensownym.
Wyciągnęła z szuflady swoje ulubione książki. Należały do nich „Magyia w teorii i praktyce” Alesteira Crowleya, „Powstający Prometeusz” i „Sex, narkotyki i okultyzm” Roberta Antona Wilsona, „Wykradając ogień z nieba” Stephena Mace’a oraz „Magia chaosu” Phil Hine’a.
- Pora przystąpić do działania – rzekła do siebie.
Wstała z łóżka, aby zająć się praktyką. W jej sercu gościła obawa, spowodowana katolickim wychowaniem. Mimo prób nie potrafiła się jej pozbyć.
Nagle zauważyła, że ściana zaczyna sypać się na kilka drobnych kawałków. Nie zwróciła na to uwagi. Była przyzwyczajona do takich rzeczy. W sumie sama sobie była winna. Nie zachorowałaby na Schizofrenię Paranoidalną, gdyby nie uznała, że „lepiej być wiecznie naćpaną niż wydawać kasę na LSD”.
Niczego nie żałowała. Fakt. Mogła uniknąć wariatkowa. Ale porażkę można przecież zmienić w sukces. Gdy uwiedzie lekarza i zdobędzie jego majątek, będzie miała kasę na to, aby zbudować zamek, w którym założy własny zakon okultystyczny. A potem może wyda jakąś satanistyczną płytę, dzięki czemu będzie mogła manipulować społeczeństwem. Wystarczy naładować w nią sigila, który spełni swoje zadanie.
Eileen rozmarzyła się. Nie mogła się doczekać programu w katolickim radio, który będzie poświęcony jej twórczości.
Już słyszała spokojny głos księdza, który mówił
„Gdy puścisz te piosenki od tyłu, usłyszysz szatańskie teksty. One wchodzą młodym ludziom do podświadomości i przez to jest coraz więcej zła na świecie”.
Kiedyś tak mówiono o jej idolach. Teraz to ona będzie uchodziła za tą, która deprawuje młodzież.
Jakże łatwą rzeczą było osiągnięcie sukcesu. Wystarczyło zrobić coś, co nie spodobałoby się kościołowi. Owa instytucja swoją nagonką robiła niezłą reklamę artystom.
W każdym bądź razie teraz nie mogła tracić czasu. Trzeba było się wziąć za rytuał magiczny.
Zamknęła oczy i zaczęła wizualizować białe światło, które chroniło ją przed złem. Może w ten sposób uniknie demonów, które być może czyhają na schizofreników.
Następnie stanęła na palcach i krzyknęła:
Otaczają mnie pięcioramienne gwiazdy! Każda kobieta i każdy mężczyzna jest gwiazdą!
Potem otworzyła oczy i otworzyła swój notes, aby namalować sigila. Na białek kartce napisała:
DOKTOR MNIE KOCHA.
Wykreśliła zbędne literki. Z wyrazu:
DOKTRMNIECH
Namalowała znak, który następnie należało załadować. A to było najprzyjemniejszą częścią dnia.
Dotknęła miejsca, którego nie powinna była dotykać. Poczuła, jak jej ciało oblewa nuta błogiej rozkoszy. Jej serce szybko biło z podniecenia. Wsuwała swe palce coraz dalej, tak, aby rozkosz trwała jak najdłużej.
Nagle zauważyła, że Miś, z którym spała zaczyna unosić się do góry. Początkowo wzięła to za kolejną „schizę”. Puszek jednak zrobił piruet w powietrzu, a potem spojrzał w jej stronę hipnotyzującym wzrokiem.
Eileen z przejęcia, wyjęła swą dłoń z miejsca, którego nie powinna dotykać.
- Czy ty jesteś moją Wyższą Jaźnią? – spytała.
W odpowiedzi miś pokiwał głową.
- Nawet nie wiesz, jak bardzo cieszę się z tego powodu, że cię widzę! – zawołała uradowana dziewczyna. – Tak dawno z tobą nie rozmawiałam… Właściwie to ostatnio widziałam cię, gdy zjadłam gałkę muszkatołową.
Miś uśmiechał się, spoglądając w jej stronę wzrokiem pełnym miłości.
- Pamiętaj o tym, że każdy rytuał ma poważne konsekwencje…- powiedział.
- Wiem o tym, Boże – odrzekła Eileen.- I wiem, na co się decyduje. Może i jestem egoistką, ale nie potrafię zachowywać się inaczej. Nie mogę przeboleć tego, że kiedyś ludzie mną pomiatali…
- Eileen, nie musisz mi się tłumaczyć – przerwał jej Miś. – Doskonale znam twoje zmartwienia. Przecież jestem tobą. Chciałbym tylko, żebyś czasem dwa razy zastanowiła się, zanim coś zrobisz. Czy na pewno jesteś zadowolona z tego powodu, że tu jesteś?
- Oczywiście, że tak! Pobyt w szpitalu psychiatrycznym to ciekawe przeżycie – zawołała. Czuła, jak po jej policzkach spływają łzy. Sama nie wiedziała, czy są one spowodowane bólem, czy radością. W każdym bądź razie schizofrenia, a raczej „wieczny haj” sprawiał, że krople łez wydawały jej się olbrzymimi wodospadami.
- Przewodniku, mam pytanie – rzekła. Musiała w końcu zdradzić swoją wątpliwość, która nie dawała jej spokoju. – Kiedyś czytałam, że schizofrenicy mogą zostać opętani, gdy będą próbowali czarować. Czy to prawda?
- Eileen, to ty tworzysz twój świat – odpowiedział Puszek.
- Dziękuję. Te słowa są dla mnie bardzo ważne – powiedziała dziewczyna. – One pozwalają mi żyć… Bo ja czasem naprawdę się boję.
- A ja dla osłody mam dla ciebie niespodziankę – przerwał jej Miś, po czym wyjął ze swojego ucha wielką, ozdobną księgę. – Zawsze marzyłaś o tym, aby poczuć się tak, jak Crowley w 1904 roku, nieprawdaż?
- Oczywiście, że tak! – Oczy Eileen zabłyszczały z podniecenia i zachwytu.
- Więc teraz podaruję ci księgę Ognia, która będzie prawdziwym przełomem w dziejach Magyi. Pamiętaj, że studiowanie tej księgi jest zakazane, a ten, kto się sprzeciwi temu, będzie cierpiał.
Powiedziawszy to, wręczył książkę Eileen, która wpatrywała się w dar błyszczącymi oczyma.
- Ja tymczasem znikam. A ty nie zapominaj o tym, że pochodzisz z dziewiątej gęstości świadomości i musisz uratować świat przed oriończkami. Do zobaczenia!
Po tych słowach Puszek znów stał się zwykłym miśkiem. Upadł na ziemię, nie wydając z siebie żadnego bolesnego okrzyku.
Natomiast Eileen wciąż wpatrywała się w Księgę Ognia. Nagle poczuła, że ktoś, lub coś dotyka jej włosów. Odwróciła się. Ujrzała postać, ubraną w długi, czarny płaszcz. Jej twarz była zasłonięta przez kaptur.
- Jestem szatanem i przyszedłem po twoją duszę – wysyczał. – Jak śmiałaś czarować, skoro jesteś schizofreniczką?
Eileen zadrżała. To było jej drugie spotkanie z demonem. W pierwszej chwili przestraszyła się, że nastał jej koniec i teraz do kresu istnienia wszechświata będzie płonąć w ogniach piekielnych. Potem jednak przypomniała sobie słowa Miśka, który powiedział, że wszystko zależy od niej.
Szatan wbił ostre pazury w jej skórę, zadając Eileen olbrzymi ból. Ona jednak nie zlękła się tym. Mimo, iż jej nogi drżały z przerażenia, wyjęła miecz z pochwy (Jedna z zalet „wiecznego haju”}, po czym zaatakowała przeciwnika. Demon rozpłynął się w oka mgnieniu.
W tym momencie drzwi otworzyły się. Do pokoju wszedł doktor.
Niebieskooka Eileen wydała mu się jeszcze bardziej czarująca, niż wcześniej. Żal mu się zrobiło tej słodkiej, ślicznej istotki, która marnuje się w szpitalu psychiatrycznym. Usiadł obok niej i pogładził ją po policzku. Dostrzegł w jej oczach łzy.
- Nie martw się. Wszystko będzie dobrze. Pomogę ci się stąd wydostać.
Powiedziawszy to, przytulił ją.
- Naprawdę? – spytała Eileen niedowierzającym głosem.
- Naprawdę. Uważam, że to niesprawiedliwe, iż marnujesz się w tym miejscu. Zasługujesz na coś więcej, Eileen.
Po tych słowach podarował jej długi, namiętny pocałunek. Obydwoje zanurzyli się w rozkoszy.
Rozkosz, to coś, za czym tęsknimy. Rozkosz, to coś, czego pragniemy. Przez całe życie dążymy do ukrytej błogości, próbując odnaleźć ją w rozrywce. Ona jednak jest krótsza, niż ułamek sekundy…






